Geoblog.pl    geminus    Podróże    Tajlandia ,Kambodza Wietnam. Powtorka z rozrywki 2008    Maraton Siem Reap-Sihanoukville
Zwiń mapę
2008
02
mar

Maraton Siem Reap-Sihanoukville

 
Kambodża
Kambodża, Sihanoukville
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 12791 km
 
Zerwalem sie rano obudzaony przez pana z recepcji i po oplaceniu pobytu udalem sie na sniadanie. Okazalo sie ze jest za wczesnie i nikogo nie ma w kuchni. No super. Czeka mnie post w drodze. Pomyslalem ze nie bedzie tak zle bo nadrobie to w Phnom Pehn przed odjazdem autobusu do Sihanoukville. Wyszedlem przed hotel a tu okazalo sie ze umowiony pan z tuk-tuka olal mnie dokumentnie . Po pol godzinie czekania zaczalem miec lekka nerowoke bo na przystan wodolotu byla godzina jazdy a w poblizu nie bylo nikogo. Stalem tak i slalem joby wstystkim komuchom tego swiata za solidnosc i punktualnosc. O 6.15 zauwazylem jakiegos tuk-tuka ktory zatrzymal sie przed hotelem obok. Smignalem do niego i pytam ile wezmie za kurs na przystan. Facet wystartowal z cena 15 $ . Zerknalem na niego uwaznie i zapytalem czy on sie slyszy co mowi. Facet usmiechajac sie szeroko powiedzial ze jak nie to nie bo i tak nikogo innego nie ma. W tym momencie na ulice wjechal kolejny tuk-tuk i cena od razu spadla do 5$. Wsiadlem do tuk-tuka a pan kierowca ruszyl jak szalony. Przez pierwsze 15 min. droga byla niezla i bylo OK. Pozniej jak wjechal na groble droga przypominala tor motocrossowy. Kierowca nawet na chwile nie zwolnil. Momentami myslalem ze wystrzele w kosmos. Po drodze mijalismy chatki lokalesow zbudowane z trzciny. Chatka taka wygladala bardziej jak szalas. Przed domem bylo palenisko a na scianie wisialy 2 albo 3 garnki w ktorych gotowali jedzenie. Za poslanie sluzyly im slomiane maty . Ludzie ci byli skrajnie biedni i to bylo widac i czuc. Po dojechaniu na przystan odczekalem chwile az watroba i serce wroca na swoje miejsce . Wodolot stal miedzy lodziami rybackimi . Smrod byl okropny. Na wodolot wchodzilo sie po deskach ulozonych jako trap. Mialem lekka obawe ze nie wytrzymaja mojej wagi . Przy tuk-tuku rzucil sie na mnie dziki tlum oferujacy wniesienie bagazu na wodolot. Poprosilem zeby poszli do diabla i wtargalem swoj bagaz sam. Tam jeden z zalogi wsadzil moj podstawowy bagaz do pomieszczenia przy silniku. Wodolot wygladal jak glugie cygaro i pochodzil z czasow poznego Stalina. Pomieszczenie pasazerskie bylo nawet klimatyzowane i wygladalo jak wnetrze autobusu PKS z czasow komuny. Odstep miedzy siedzeniami robiony na wymiar przedszkolakow . Co bardziej odwazni siadali na polokraglym dachu wodolotu. Tez mialem taka ochote ale skalkulowalem ze 6 godzin takiego siedzenia moze byc zbyt wielkim wyzwaniem . Przejscie z boku wodolotu mialo szerokosc 50cm. i trzeba bylo sie trzymac metalowych uchwytow zeby sie nie desantowac do wody. Zajalem miejsce z kabinie i wyszedlem ogladac miejscowy folklor rybacki. Odjazd byl zaplanowany na 7 rano. Po godzinie 8 zaczalem sie niepokoic czy odjedziemy myslac cyly czas o przesiadce w Phnom Pehn. Pytany matros odpowiedzial ze kapitana nie ma bo jest w odwiedzinach u rodziny. Okazuje sie ze tam pojecie czasu jest wzgledne i nikt tym sobie glowy nie zawraca. Ok. 9 przyszedl pan kapitan i powolutku ruszylismy wyciagani przez mniejsza lodz na glebsza wode. Po drodze minelismy wioske postawiona na wodzie . Byly tam stacja benzynowa i restauracja a wszystko na palach. Widok ciekawy i obiecalem sobie ze kiedys jeszcze tam pojade. Po wplynieciu na jezioro Tonle Lap kapitan wdepnal gaz do oporu i zaczela sie jazda. Towarzystwo siedzace na dachu zaczelo sie nerwowo ewakuowac do srodka wodolotu bo fala byla taka ze wszyscy byli wykapani. Zaczela sie walka o miejsca siedzace. Ja dziekowalem Bogu ze nie odbilo mi i nie poszedlem na dach. Kolo mnie usiadla jakas Holenderka ktora byla dwa razy wieksza ode mnie. Wygladala na koszykarke i miala ogromny biust. Weszla tez grupka pijanych Czechow z ktorych jeden zaczal obmacywac moja sasiadke. Po solidnym opierniczeniu dal sobie spokoj zadowolony ze nie dostal w pysk. Kimnalem troche bo na jeziorze nie bylo nic ciekawego do ogladania. Jak sie obudzilem to stwierdzilem ze pani Holenderka kima przytulona do mnie opierajac swoj wielki biust na moich kolanach. Dobrze ze Ania tego nie widziala. Po wplynieciu na Mekong widoki zrobily sie ciekawe a szybkosc mniejsza. Ludzie znowu powychodzili na dach i zrobilo sie luzniej. Wyszedlem tez i ja ale na przod wodolotu gdzie mozna bylo przysiasc na barierce. Ta czesc podrozy byla ciekawa . Mozna bylo ogladac zycie ludzi mieszkajacych przy rzece. Dzieci kapiace sie razem z bawolami wodnymi i ciekawe domy na palach. Pawel przyslal mi SMSa z nazwa hotelu gdzie sie zatrzymali . OK juz teraz jestes spokojny. Z 2 godzinnym opoznieniem doplywamy do Phnom Pehn. Widoki zajebiste. Miasto polozone jest po obu stronach rzeki na bardzo stromym brzegu. Podplywamy pod pomost . Biobe moj bagaz i zastanawiam sie co dalej. Widze jakiegos kurdupla z kartonem na ktorym ma wypisane moje nazwisko. Mowi ze zawiezie mnie do autobusu. Daje mu bagaz zeby targal na gore bo skoro jest moj to robi dla mnie. Wytarganie tego nie bylo takie proste bo podejscie bylo zajebiscie strome . Facet omal sie nie zerwal ale dzielnie wytargal to na gore. Tam podprowadzil mnie do motorynki i mowi ze zawiezie mnie do autobusu. Popatrzylem na niego uwaznie i zapytalem czy robi sobie jaja czy to na powaznie. Ten mowi ze jak najbardziej powaznie. Pytam gdzie stoi ten autobus a on ze 200 metrow dalej. Skoro tylko 200 metrow to dajemy z buta mowie. Gosc zlapal za mojego trojlerka i jak nie wytnie. Myslalem ze go nie dogonie. Dobieglismy do autobusu / Mekong Expres/. Tam nauczony ich niedbalstwem najpierw zapytalem czy to wlasciwy autobus . Facet juz wsadzal moj bagaz gdy okazalo sie ze autobus jedzie do Siem Reap. Dokladnie tam skad przyjechalem. Opierdzielilem goscia ze wpuszcza mnie w maliny i zrobila sie nerwowka. Facet zaczal gdzies wydzwaniac i okazalo sie ze moj autobús juz odjechal. Nie ma sprawy mowie . Zostane tu na wasz koszt i rano pojade dalej. Widocznie perspektywa fundowania mi noclegu nie przypadla mu do gustu bo po kilku telefonach okazalo sie ze autobus odjechal ale ma jeszcze postoj po drugiej stronie miasta. Facet ktory byl o polowe mniejszy ode mnie wsadza mnie na skuter a bagaz chce brac na kierownice . Nie zgodzilem sie bo niby jak mialby kierowac ? Postawilem trajlerka na nodze,plecak na plecy i jazda. Czegos takiego jeszcze nigdy nie przezylem . Facet jechal jak wariat i kilka razy omal nie rozbilismy sie czolowo o inne pojazdy . Podczas jazdy zlamal wszelkie mozliwe przepisy o ruchu drogowym o ile takie tam sa. Podjechal na placyk kolo jakiegos bazaru gdzie stal juz pelen autobus. Kazali mi zaraz wsiadac ale zaprotestowalem ze musze wypalic papierosa i caly autobus na mnie czekal. Z jedzenia byly nici a kiszki marsza graly. Autobus byl nawet wygodny . Na poczatku podrozy pani z biura Mekong Expres zrobila wyklad o historii Kambodzy podniecajac sie przy tym bardzo. Okazalo sie ze autobus jechal non-stop . Na szczescie dla mojego zoladka podali jakies kanapki bezsmakowe ktore pomogly mi oszukac glod. Droge do Sihanoukville pokonal w okolo 5 godzin. Po drodze tylko raz stanelismy przy jakims moscie gdzie byla mala swiatynka i pan kierowca i pani pilotka kupowali prezenty dla Buddy. Pasazerowie pozostali w srodku . Poznym wieczorem a moze nie tyk poznym tylko mi sie tak wydawalo bo bylo ciemno dojechalismy do Sihanoukville . Okazalo sie ze nikt na mnie nie czeka. Zaraz po wyjsciu z autobusu dopadli mnie naganiacze oferujacy podwiezienie. Na poczatku padaly sumy z ksiezyca. Chcieli po 15$ . pozniej obnizyli do 10$ . Zobaczylem ze stoi tez facet ze skuterem i uznalem ze juz jestem tak zaprawiony w jezdzie ekstremalnej ze po utargowaniu 3 $ za przewoz ruszylismy do hotelu. Po ok. 20 min. jazdy zauwazylem ze facet sie pogubil. Podwiozl mnie pod jakis hotel i mowi ze to tu. Czytam a tam jak byk stoi hotel taki a taki Orchidee Beach. Jak pamietalem z przygotowan do podrozy Orchidee Beach byla dokladnie po drugiej stronie miasta jak Victory Hill gdzie byl moj hotel. Poniewaz facet nie kumal w zadnym nórmalnym jezyku poprosilem goscia z hotelu zeby mu wytlumaczyl o co mi chodzi. Po nastepnych 20 min. dotarlismy wreszcie pod hotel. Kazalem mu czekac zanim sie nie upewnie ze to jest wlasciwy hotel. Zaraz w barze zauwazylem Pawla,Krysie i Anie. Kamien spadl mi z serca. Odprawilem kierowce ktory chcial zebym mu doplacil . Powiedzialem ze jak nie wie gdzie ma jechac to niech nie jedzie i za jego bledy placic nie bede. Nie byl zbyt zadowolony ale zaraz zlapal klienta i pojechal. Po powitalnym browarku i prysznicu poszlismy na kolacje. Wszystko smakowalo mi jakby bylo ze zlota. Widac glodnemu wszystko smakuje. Jest dobrze. Jeszcze spacer po najblizszej okolicy i wieczorne pogaduszki. Ja w barze nadrobilem ubytek plynow i udalem sie na spoczynek . Pokoj byl badziewiasty ale byla klima i WC a takze TV Sat. Zadnych innych mebli.
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Zdjęcia (16)
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
geminus
Marek Dylewski
zwiedził 39% świata (78 państw)
Zasoby: 477 wpisów477 255 komentarzy255 3057 zdjęć3057 4 pliki multimedialne4
 
Moje podróżewięcej
30.03.2016 - 24.04.2016
 
 
02.02.2015 - 07.03.2015