Geoblog.pl    geminus    Podróże    Tajlandia i Kambodza 2007    Siem Reap
Zwiń mapę
2007
24
sty

Siem Reap

 
Kambodża
Kambodża, Siem Reap
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 12997 km
 
Autobus do Kambodzy stal tam gdzie wczoraj wsiadalismy do autobusu jakim jechalismy na wycieczke. Autobus byl dosyc luksusowy z WC i A/C. Byl tez telewizor w ktorym puszczali jakies miejscowe przeboje muzyczne. Wyjezdzamy z Bangkoku i jedziemy w strone granicy z Kambodza. Po drodze mijamy zadbane plantacje i pieknie utrzymane pola. Drogi w Tajlandii sa o wiele lepsze jak w Polsce. Autobus jedzie jak po stole. Po jakims czasie usypiam i budze sie gdy autobus staje przed siedziba kooperanta naszej Travel Agency kilka kilometrow przed granica. Jest tam elegancki hotel w ktorym dostajemy posilek i rozsiadamy sie przy basenie. Przerwa podyktowana jest tym ze nie wszyscy maja wizy i po zebraniu paszportow pan z biura pojechal te wizy zalatwiac. Wychodzimy z Pawlem przed hotel i przechadzamy sie po okolicy. Mimo ze to prowincja wszedzie czysto i porzadek. Wchodzimy do knajpki gdzie wypijamy piwko placac o wiele mniej jak w Bangkoku. Po prawie 2 godzinach przerwy jedziemy na granice. Przechodzimy sprawnie odprawe po stronie tajskiej i idziemy na strone kambozdanska. Wejscie na strone kambodzanska jest przez wielka brame ktora stylizowana jest na brame w Swiatyni Angkor. Na granicy wielki ruch. Miejscowi przeciagaja wielkie wozki na 2 kolkach na ktorych zaladowane sa niewiarygodnie wielkie gory towaru. Przeciagaja to recznie i dziwie sie ze daja rade. Po stronie kambodzanskiej widac eleganckie hotele z kasynami gry . W Tajlandii hazard jest zabroniony wiec ci co chca sobie pograc jezdza wlasnie tu. Czasami wyglada to smiesznie bo piekny hotel kapiacy zlotem i blyszczacy biela marmurow sasiaduje z odrapanymi budami. Po przejsciu granicy wsadzaja nas do odkrytych przyczep podlaczonych pod jakis pojazd i wioza na peryferie miasta gdzie jest dworzec autobusowy. Tam wsadzaja nas do innego autobusu. Autobus ten przypominal mi stare polskie osinobusy wozace kiedys pracownikow na slasku z tym ze te polskie byly w lepszym stanie. Upychaja nas jak sledzie a bagaze laduja na przodzie autobusu gdzie jest troche wolnej przestrzeni. Mam miejsce na kole i wiem ze nie bedzie lekko. Wyjezdzamy z Poipet i tu konczy sie "dobra" droga. Zaczyna sie ubity trakt gdzie zaczyna niemilosiernie trzasc. Widocznosc spada do kilku metrow bo nad droga unosza sie tumany kurzu. Wspolczuje ludziom jadacym otwartymi pickupami. Czasami mijamy ciezarowki tak wyladowane towarem ze nie chce sie wierzyc ze to wszystko moze sie utrzymac w pozycji pionowej. Wyglada to jakby slon jechal na pchle. Po drodze mamy 2 awarie ktore pomagamy kierowyc rozwiazywac wszyscy. Lapiemy tez gume a raz stajemy na srodku czegos co przypominalo most blokujac przejazd innym. Mamy kategoryczny zakaz oddalania sie ze wzgledu na miny jakich jest w tej ziemi jeszcze kilka milionow. Kolejna awarie mamy w jakiejs wsi gdzie akurat sa jakis spiewy i tance . Pewnie jakies wesele bo jedna para wyrozniala sie wrsrod innych. Idziemy ogladac a kierowca z pomocnikiem kombinuja jakby tu naprawic pojazd. Jestesmy cali utytlani u kurzu . Mam ochote podlaczyc sie pod zabawe zapraszany przez miejscowych ale panowie kierowcy uporali sie wrszcie z awaria. Wczesniej podczas jazdy opieram sie o okno ktore wypada prawie w calosci. Kierowca zebral resztki szkla i wywalil to do rowu. Od tej chwili mialem dodatkowe chlodzenie ale i kurzenie. Nie wiedzac ze tak moze byc ubralismy sie na drode w jasne rzeczy ktore teraz byly koloru czerwono-brunatnego. Krajobrazy mijane po drodze nie byly specjalnie ciekawe ale atrakcji zwiazanych z awariami mielismy co nie miara. Do Siem Reap dojezdzamy poznym wieczorem po 8 godzinych jazdy od granicy a bylo to raptem 180 km. Podwoza nas pod zaprzyjazniony hotel. Wychodzimy ogladac pokoje. Syf, kila i mogila. Postanawiamy ze poszukamy czegos innego przez co doprowadzamy pomocnika kierowcy do rozpaczy bo oni maja prowizje od kazdego potencjalnego nocleganta. Bierzemy tuk-tuka i jedziemy na poszukiwanie hotelu a dziewczyny czekaja w knajpce z bagazami. Ogladamy kilka hotelikow ale dopiero po wytlumaczeniu kierowcy ze my nie jestesmy milionerami podwozi nas pod hotel Molina ktory nam odpowiada. Cena 10$ za pokoj 2 osobowy z A/C TV Sat i minibarkiem. Czysciutko i cicho. Decydujemy sie na ten hotel. Ja zostaje pilnowac zeby nas nie wyslizgali a Pawel jedzie z naszym tuk-tukerem po dziewczyny. Po ich przyjezdzie umawiamy sie z kierowca na nastepny dzien na zwiedzanie Swiatyn Angkor. Ustalamy cene na 10 $ za caly dzien wozenia i trase jaka bedziemy wozeni. Kierowca zobowiazuje sie przyjechac z kuzynem ktory rowniez ma taki pojazd. Dziewczyny padniete po dlugiej podrozy zostaja w hotelu a ja z Pawlem idziemy rozgladnac sie po okolicy. Wchodzimy do knajpy gdzie sa sami miejscowi. Podawana jest golonka z jakiegos zwierza ktory musial byc na diecie bo goloneczka byla maciupenka. Decyduje sie na nia a do tego biore jeszcze ryz z jakims zielskiem. Nie bylo to smaczne a golonka to byla prawia sama skora. Niedostatek miesiwa wyrownalismy piwem i po zrobieniu rundki w poblizu hotelu wracay do naszych pan. Wczesniej jednak przystajemy przy straganie z napojami gdzie bajerujemy 2 mlode panienki. Az sie szkoda zrobilo ze bylismy z zonami.
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
geminus
Marek Dylewski
zwiedził 39% świata (78 państw)
Zasoby: 477 wpisów477 255 komentarzy255 3057 zdjęć3057 4 pliki multimedialne4
 
Moje podróżewięcej
30.03.2016 - 24.04.2016
 
 
02.02.2015 - 07.03.2015